Menu

Co gryzie Marioosza J ???

Radio Afera, refleksje i przemyślenia, audycje i ich tematy, najciekawsze myśli i wypowiedzi, wpadki antenowe i przejęzyczenia ... moje marzenia i tęsknoty, kawałki mojej duszy, które odsłaniam co wtorek.

Watchmen: Strażnicy ... czyli superbohaterowie w średnim wieku

marioosz1979

Zacznę od tego, że nie czytałem komiksu. Może to i dobrze, bo w końcu mogłem poczuć się jak laik, który zaczyna oglądać film, nic nie wiedząc o jego fabule, bohaterach, przebiegu akcji i jej możliwych zwrotach, a co za tym idzie - czekający na to, że film go wciągnie, porwie i nie będzie pozwalał na oderwanie uwagi od ekranu. Tym bardziej, że bohaterów mamy tu nie byle jakich - w końcu to superbohaterowie, których misją jest strzec naszego bezpieczeństwa i upewniać nas, że pod ich czujnym okiem nic groźnego się nie wydarzy. Jednym słowem - mogłem poczuć się jak ktoś z osób mi bliskich, które z uporem maniaka zaciągam do kina na kolejne komiksowe ekranizacje.

I muszę się przyznać, że poczułem się lekko oszukany przez samego siebie, bo oto ponad dwugodzinny film, wokół którego specjaliści od trailerów zrobili tyle szumu, wcale mnie nie porwał. Szczerze mówiąc kolejne sceny zamiast wciągać - stawały się groteskowe i momentami śmieszne, sprawiając, że zamiast superbohaterów z ludzkimi dylematami i cieżką życiową historią, zobaczyłem karykatury nie tylko zamaskowanych postaci, ale też ludzi. Karykatury, które zamiast zastanawiać wywołują jedynie lekki uśmieszek i nudzące spoglądanie na zegarek odliczający czas do końca filmu.

I tak na dobrą sprawę nie wiem, czy film Jack'a Snyder'a miał być ekranizacją komiksu, parodią ekranizacji komiksu, czy filmem z aspiracjami psychologicznymi. Nie rozumiem do końca, jaki był zamysł reżysera i to jest mój główny zarzut wobec filmu - brak spójnej konstrukcji i przekazu. Fabuła przenosi nas do USA, ale w alternatywnej niż nasza rzeczywistości, w której zimna wojna wciąż trwa, a zamaskowani superbohaterowie są nieodłącznym elementem tak urządzonego świata. Nadzywczajne moce ma tylko jeden z nich, reszta to dobrze wyszkoleni w sztukach walki "zwyczajni" ludzie. I gdyby film oparł się na tej ich zwyczajności, może wtedy postaci byłyby bardziej wiarygodne, może nie operowałyby dialogami, ktorych poziom momentami zblizał się do cichopkowych i mroczkowych wymian zdań. Tymczasem dostajemy zlepek historii, w których wprawdzie są dramaty, ale sposób ich przedstawienia w retrospekcjach przypomina telenowelowe flashbacki i zupełnie mnie nie przekonuje. Co więcej - pozostawia duży niesmak i rozczarowanie, poczucie pustki w kolejnych scenach, które nie wnoszą niczego nowego w rys postaci.

Może nie zrozumałem idei filmu, może jestem na niego po prostu za głupi. Bo czytając recenzje i wypowiedzi, choćby na FilmWeb-ie, zupełnie nie mogłem zrozumieć dlaczego film określa się mianem "dzieła". Naprawdę nie mam zielonego pojęcia. Jedyne, co w moich oczach mogłoby predystynować obraz do takiego tytułu to strona muzyczna, której nie można odmówić ani dobrego dopasowania do poszczególnych wątków, ani swego rodzaju klasy. Muzyka jest jednak jedną ze składowych, które mają widzowi pomóc w odbiorze. Na dużego plusa zasługuje także montaż i zdjęcia. Kamera nie wiruje i nie świruje, więc można być pewnym, że nasz wzrok nadąży za tym, co dzieje się na ekranie. Sceny - szczególnie sceny walki - nie są więc ani zbyt statyczne, ani też nie są przeładowane dynamiką, która dezorientuje widza. To jednak moim zdaniem za mało, by mówić o "Watchmen" w kategoriach dzieła, które zachwyca. Ot, kolejny film, który można obejrzeć i po kilku dniach zupełnie zapomnieć.

© Co gryzie Marioosza J ???
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci